Posty

Wyświetlam posty z etykietą surfing

Ostatki...

Obraz
Ostatnie/ostatni... Ostatni dzień w pracy, ostania wizyta w Polsce, spotkanie z przyjaciółmi, kilka fotek na pamiątkę, czekolada Wedla, wizyta na cmentarzu, Ciechan miodowy, wyjście do kina, surfing w Rosnowlagh, Guinness w Errigle Inn, partia w Rummikuba, przejażdżka Johnem Fordem Escortem przed sprzedażą...takie właśnie były moje ostatnie trzy tygodnie, "czas pomiędzy" wypełniony nostalgią i melancholią za starym i dobrym z jednej strony, a ekscytacją i poddenerwowaniem zbliżającym się nieznanym i nowym z drugiej. Ostatni dzień w robocie to same miłe niespodzianki: tort bardzo-czekoladowy i masa życzeń...czasem ponurych, tych z rodzaju "żeby Cię rekiny nie pożarły...", a czasem sympatycznie defetystycznych ("jakby co to w Polsce też szukają imigrantów do pracy") Wyjazd do domu był jak zwykle za krótki, żeby odwiedzić wszystkich i za długi żeby się nie wkurwić na wszystko co polskie...no bo jak można w sklepie stać w kolejce 20 minut? Czemu na ...

Surfing, głupcze!

Obraz
Przełamując fale W czwartek było słonecznie i ciepło - dobry zwiastun na weekend, pomyślałem. Rozpadało się około 19 i lało przez cały piątek - chuj tam z pogodą, pomyślałem...dwa dni surfowania w Atlantyku przede mną i deszcz, czy nawet śnieżyca tego nie popsują.  Lekcje surfingu już od jakiegoś czasu zaprzątają mi głowę. Zacząłem w zeszłym roku przez przypadek i zawsze chciałem do tego wrócić bo zabawa była przednia. Teraz chęć powrotu została spotęgowana przeświadczeniem, że w Australii wszyscy zaczynają surfować już w łonie matki, a sam sport jest tam tak powszechny i zinstytucjonalizowany jak golf w Wielkiej Brytanii z klubami, członkostwami i rocznymi subskrypcjami włącznie, więc postanowiłem się podszkolić, żeby po przyjeździe na kontynent moje trzydziestoletnie opóźnienie nie było aż tak widoczne. No cóż poszło nieźle... Zaczęło się obiecująco bo od obalenia kilku bronków ze współlokatorami z hostelu, Emma i Marta okazały się świetnymi kompanami do niszczenia zarów...