niedziela, 21 lipca 2013

W radiu...



To jak dotąd mój 4 występ w radiu..ciągle jestem spięty, głos mi drży albo jest usypiająco monotonny ale postęp lekki jest, no i radość spora. Na koncie mam już Broadcasting Certificate i jestem w trakcie kursu na operatora konsoli radiowej...jeszcze tylko 5 tygodni, egzamin i będę pełnoprawnym DJ'em. A w międzyczasie udzielam wywiadów! Like a boss...

Do wysłuchania pod tym linkiem:


Wybieramy "Polish" z "Filter by show", potem "Select" i fru do 30 minuty.

Audycja będzie dostępna tylko do przyszłej niedzieli.

czwartek, 20 czerwca 2013

National Archaeology Week, Toowong Cemetery.

W końcu znalazłem czas i siłę, żeby pchnąć poszukiwania kariery archeologicznej we właściwym kierunku. A wszystko zaczęło się całkiem nieoczekiwanie...bo  od przypadkowej rozmowy z klientami w restauracji. 
Kilka miesięcy pracy jako kelner w indyjskiej restauracji wymusiło na mnie opanowanie umiejętności prowadzenia rozmów na niezobowiązujące tematy.  Jednak oprócz błahych zagajek o pogodzie i cenie benzyny postanowiłem również bombardować ludzi jak największą ilością szczegółów na temat swoich planów rozwoju zawodowego i trudności jakie napotykam, lekko ubarwiając rozmowę delikatnymi pytaniami sondującymi przydatność moich rozmówców w realizacji wyżej wymienionych planów i przezwyciężaniu wspólnymi siłami napotykanych przeze mnie trudności.
Niestety mojemu makiawelicznemu majstersztykowi brakuje często równie makiawelicznej finezji i często na grzecznościowe zwroty i pytania typu: G'day mate! How are you goin'? Odpowiadam entuzjastycznie: I'm an archaeologist!
Toporna czy nie, strategia ta w końcu zaowocowała otwarciem kilku drzwi.
Wykrzykując pewnego dnia (wykrzykując finezyjnie, rzecz jasna) I'm an archaeologist! zwróciłem uwagę pewnej pary, która okazała się być parą bardzo miłych inżynierów zatrudnionych przez jakąś stanową agencję przy budowie jednego z wielu tuneli drogowych w Brisbane. W toku rozmowy okazało się, że owszem współpracowali oni z pewną panią archeolog przy pracach konserwacyjnych największego i jednego z najstarszych cmentarzy w mieście - Toowong Cemetery. Po krótkiej wymianie wizytówek i podziękowań poczułem w końcu powiew pewnej nadziei, że coś się ruszyło... "Dalej, bryło, z posad świata!" - pomyślałem, układając na tacy kolejne talerze z curry. 
Nagrobki wydobyte w trakcie "wykopalisk"
Na przestrzeni kilku dni, w paru mejlach wymienionych z panią archeolog dowiedziałem się o małych wykopaliskach w ramach akcji popularyzującej archeologię wśród ludu. Pani zaprosiła nas (mnie i Christine) do wzięcia udziału w przedsięwzięciu w roli tłumu, tłumu wykształconego ale zawsze bezimiennego zapychacza przestrzeni, podkręcającego statystyki frekwencji. Padła też sugestia, że możemy pokazać studentom jak się kopie, ale tylko w czasie przerwy w byciu  adresatami misji popularyzatorskiej wykopalisk...misji dodajmy, zaplanowanej na czwartek i piątek od 8 do 15, czyli w czasie kiedy wszyscy normalni ludzie cierpliwie odliczają dni do weekendu gdzieś za biurkami w swoich pracach, a archeologia jest ostatnią rzeczą, która zaprząta im głowy.
No ale..
Pierwszy dzień wykopalisk, a raczej "wykopalisk" wyglądał tak, że przyjechała koparka, zrobiła dziurę w ziemi, do której zostali wpuszczeni studenci. Studenci z wielkim zapałem rzucili się na kolana i zaczęli sobie wzajemnie wydłubywać grudki ziemi spod własnych butów oraz wyciągać wszystkie fragmenty tablic nagrobnych jakie znaleźli. Zapytałem panią archeolog czy nie powinniśmy porobić zdjęć, planów i uskutecznić innych standardowych praktyk wykopaliskowych po czym usłyszałem, że nie ma sensu bo ten wykop był otwarty w ostatnich dwóch sezonach i ponownie zasypany przez koparkę. W tym momencie stwierdziłem, że po prostu spędzę tu miło czas i poznam nowych ludzi, bo cała impreza z archeologią ma mało wspólnego.
Jeden z bardziej emocjonujących momentów. Nienaruszona płyta grobowa w typie "shrekkie" z charakterystyczną głowicą.
No i poznałem...miłych ludzi ze stowarzyszenia Szkotów w Queensland, doktorantki z University of Queensland, panią, która ma w domu trzy gabloty nielegalnych lub fałszywych artefaktów, takich jak: egipska mumia kota (podobno mocno śmierdzi), pierścionki z Pompejów (!!) czy aborygeńskie narzędzia krzemienne. Podjadłem trochę ciastek, napiłem się herbaty, pokrzyczałem I'm an archaeologist!(z finezją, a jakże...) w kierunku zgromadzonego tłumu (17 osób)  i pojechałem do domu.
Poszukiwania pracy trwają.

wtorek, 21 maja 2013

I ja tam byłem...

Wesele to moja ulubiona uroczystość. Wszystko co najlepsze w życiu zebrane w jednym miejscu. Smaczne jedzenie, ciekawe rozmowy, dobry alkohol, pokraczny taniec a wszystko to skąpane w pozytywnej i sprzyjającej atmosferze. Tak się złożyło, że miałem ostatnio przyjemność doświadczyć pierwszego wesela w Australii i muszę przyznać, że było to wydarzenie dla mnie wyjątkowe i to z kilku względów, no ale zacznijmy od początku. Głównymi personami całego zdarzenia była oczywiście para młoda: piękny Dave (brat Chtistine) i piękna Kaling.

Forrestalowie i ja

DIY, czyli zrób to sam...

Finansowe, ideowe czy kulturowe, jakiekolwiek by nie były powody - organizowanie wesela samemu jest świetnym pomysłem. Wymaga ono oczywiście niesamowitej dyscypliny i talentów planisty miasta średniej wielkości ale plusów takiego podejścia do sprawy jest mnóstwo. Po pierwsze pełna kontrola nad przebiegiem całej ceremonii, wystrojem, trunkami czy menu. Po drugie zaangażownie w przygotowaniach wszystkich gości, którzy często musieli ze sobą współpracować wcześniej się nie znając. Ja na przykład, na dzień przed uroczystością rozwieszałem lampiony z kuzynem Pana Młodego z Irlandii i dziewczyną świadka z Kanady. Jak dla mnie był to rewelacyjny sposób na poznanie i zbliżenie się do ludzi, których na oczy nie widziałem i których pewnie nigdy więcej nie zobaczę, do tego atmosferę panującą w trakcie przygotowań porównać by można do wspólnego ubierania choinki na święta...wszyscy byli dla siebie mili, radośni i podekscytowani nadchodzącą uroczystością...hmm radośni również z racji konsumowanego piwa, które było niejako zapłatą za wysiłek włożony w pracę, a że piwo było przednie to wysiłek i nie lichy. 


Ceremonia picia herbaty i inne chińskie zwyczaje


Piękna Kaling pochodzi z Hong Kongu a razem z nią kantońska ceremonia picia herbaty. Całe zdarzenie miało miejsce w domu rodzinnym panny młodej, o poranku w dzień ślubu. Ceremonia zaczęła się od próby wykupienia panny młodej przy dość zaciekłych negocjacjach między grupą pana młodego (do której należałem) a druhnami zaciekle broniącymi dostępu. Po burzliwych pertraktacjach i trzykrotnym podbiciu ceny, udało nam się w końcu wejść do środka. Z racji wrodzonej dyskrecji nie mogę niestety zdradzić jak wysoko udało się druhnom podbic cenę, jedyne co mogę powiedzieć to to, że liczba 3 jest liczbą szczęśliwą, 33 szczęśliwszą a 3x33 to już orgia szczęścia. 
Zbiórka na wino...yyy, wiano.
W domu nastąpiła już ceremonia główna i tu wyczulonym  zmysłem antropologa wyłapałem dwie rzeczy. Pierwsze primo, wszystkie rytuały przejścia łączą się z konsumpcją jakiegoś płynu. Drugie secundo, kantońskie zwyczaje weselne muszą być na przeciwległym biegunie kontemplacyjności do polskich. My wlewamy w siebie wódkę na każdym kroku, drąc japy w pijackich zaśpiewkach, Chińczycy klęczą na poduszkach przekazując sobie w ciszy mały dzbaneczek zielonej herbaty. Piknie! Para młoda klęczała chyba z godzinę wymieniająć błogosławieństwa i podarki (złoto albo coś czerwonego - kolejny przejaw magii szczęścia w chińskiej tradycji)  z seniorami rodu Fung (rodzina Kaling), a ja nerwowo rozglądałem się za czymś do wypicia co nie pachniało bagnem i smakowało błotem...

Wesele właściwe

Po  części chińskiej kulturowo i geograficznie przenieśliśmy się na bardziej znane mi tereny... Celebrant, świadkowie, przysięga, zdjęcia i biesiada z przemowami, czyli całkiem standardowe wesele, tyle że w przydomowym ogrodzie.
Pierwszy raz byłem na przyjęciu weselnym gdzie ludzie stoją i rozmawiają, zamiast siedzieć przy stołach i konsumować. Uczucia mam mieszane bo z jednej strony tęskno mi było za półmiskami ze schabem w galarecie i dewolajami oraz butelką Luksusowej pomiędzy nimi, ale z drugiej strony na żadnym chyba weselu w Polsce nie udało mi się porozmawiać z prawie wszystkimi zaproszonymi. Do tego Australia naprawdę jest krajem wielu kultur i na weselu pojawili się reprezentanci krajów: Irlandii, Anglii i Szkocji, Holandii, Republiki Południowej Afryki, Hong Kongu i Chin właściwych, Albanii, Kanady no i Polski. Z każdym z nich rozmowa toczyła się na inny, ciekawy temat, ale mistrzem konwersacji okazał się...


Eddie
przyjaźń polsko-szkocka
 w skali mikro

Wydaje mi się, że Szkoci są kulturowo bliscy nam Polakom. Trudna historia, dużo dumy narodowej i zamiłowanie do trunków to elementy, które na pewno nas zbliżają. Wiele mam sympatii dla Szkotów a dla Eddiego pewnie jeszcze więcej. Poznałem go na weselu i pewnie nigdy więcej już go nie zobaczę, ale nasza godzinna dyskusja na pewno zapadnie mi w pamięci na długie lata. Zakres tematów jakie poruszyliśmy był ogromny; manewrowaliśmy pomiędzy szlakiem bojowym Armii Andersa (Eddie wiedział więcej niż ja, łącznie z anegdotami o niedźwiedziu Wojtku), najlepszymi polskimi wódkami i szkockimi whisky, Lechem Wałęsą i dumą narodową Polaków, William'em Wallace'm i dumą narodową Szkotów, dążeniem Szkocji do autonomii z krótką przerwą na wymianę opinii o zaletach i wadach weselnych dań (mmm...pyszne curry) plus pamiątkowa sweet focia z rąsi i browar na odchodne, bo nagle zrobiło się późno w nocy/wcześnie rano.

...i ja tam byłem i miód i mleko piłem (zieloną herbatę, szampana, piwo i wino zresztą też). Było git! Mam nadzieję że takich uroczystości przydarzy się mi więcej!!!...a, no i jeśli ktoś ma znajomych, którzy w niedalekiej przyszłości planują zawrzeć związek małżeński w okolicach Brisbane lub południowego Queensland - to ja się gorąco polecam...rozległe doświadczenie w pełnieniu roli gościa, koneserskie podejście do trunków i wiktuałów plus nienaganne maniery (jeśli bekam, to tylko w odosobnieniu a wiatry puszczam z wiatrem, nigdy pod). Dojazd gratis!


Więcej zdjęć tu.





poniedziałek, 11 marca 2013

Jak się nie ma, co się lubi...

Przyznaję bez bicia, odkładałem napisanie kolejnega posta z nadzieją, że w końcu znajdę wymarzoną pracę i będę mógł się podzielić radosną nowiną i wrażeniami z pierwszego dnia wykopalisk. No ale, jak to zwykle w przyrodzie bywa, życie zweryfikowało plany i zamiast wymarzonej pracy mam po prostu zwykłą tyrkę. A w zasadzie dwie...
Teraz kilka słów w ramach racjonalizowania własnej porażki. Okazuje się, że wyczucie czasu trochę nas zawiodło. Gospodarka Australii zaczęła zwalniać - mimo że ciągle silna, dostała zadyszki i zaczęła wykazywać znamiona recesji. Do tego sektor, który najbardziej zwolnił to przemysł wydobywczy, czyli ludzie którzy w Australii zatrudniają najwięcej archeologów.
Dobry film, ale nie tak dobry
żeby zapewnić sobie pracę...
Taka jest moja wymówka w skali makro. Na poziomie mikro-osobistym okazało się, że pracodawcy lubią ludzi z doświadczeniem w kontaktach ze społecznością aborygeńską, które w moim wypadku ogranicza się do obejrzenia jednego musicalu ("Bran Nue Dae"), jednego dramatu ("Samson & Delilah") i 2 rzutów bumerangiem na plaży (raz w wydmę, raz w psa). Doświadczenie to okazało się niewystarczające dla moich potencjalnych pracodawców, co zaowocowało stosem mejli dziękujących za moje zainteresowanie ofertą pracy.
Lekko sfrustrowany takim stanem rzeczy, postanowiłem zacząć działać dwutorowo. Otóż, wysyłając listy motywacyjne do firm archeologicznych, zacząłem jednocześnie naloty na okoliczne restauracje i sklepy, wciskając komu popadnie moje CV, w którym dość odważnie i z ułańską fantazją uwypukliłem swoje doświadczenie w sferze usługowo-handlowej. Emigracyjna przeszłość w Wielkiej Brytanii nauczyła mnie takiej oto rzeczy...sektor usług posiada niewyobrażalną wprost umiejętność wchłaniania nieudaczników, dup wołowych i ludzi bez ściśle zdefiniowanej ściężki rozwoju zawodowego, czyli ludzi takich jak ja. Kiedykolwiek więc zdarzył mi się przestój w karierze właściwej, zatrudniałem  się bez większych problemów w takim czy innym sklepie bądź barze. Nie inaczej stało się w Australii. Jednym z miejsc, w którym udało mi się zahaczyć, jest restauracja indyjska, drugim - dom seniora. Tak więc, nie rozwijam kariery ale mam pracę, która generuje zyski i pewną dozę codziennych frustracji, czyli nihil novi pod słońcem...do tego stałem się uniwersalny, niczym ten żołnierz (a może robot kuchenny?)...gotuję, serwuję, piorę, sprzątam, zgarniam napiwki...no i oczywiście czekam aż moja oblubienica archeologia przyjmie mnie z poworotem na swoje łono.
Cierpiąc na nadwyżki czasu, rozpocząłęm też współpracę z klubem polonijnym i radiem, no ale to już zupełnie inna historia...


cdn...

środa, 13 lutego 2013

Kup pan cegłę...

Kiedy myślę o reklamie, to automatycznie łączę ją z  promowaniem marki. Coca-cola jest lepsza niż Pepsi, a Renault lepsze od Peugeot'a. Tak to się z reguły odbywa, że reklamodawca próbuje nas, za pomocą subtelnej bądź mniej subtelnej perswazji, przekonać że jego produkt jest lepszy od innego, acz bardzo podobnego towaru z tej samej kategorii. Australijczycy, mimo że znają i respektują tę zasadę, to lubują się w reklamach innego typu, dla nich brand jest kategorią zbyt wąską...w Australii idzie się na całość!

Jedz banany!

Pamiętacie reklamę bananów Chiquita "Every banana wants to be a Chiquita banana!", w Australii nie ma znaczenia jakie logo jest na bananie, ważne że jesz banany bo są zdrowe i dają dużo energii!!
Najbardziej zaskoczył mnie sympatyczny spot reklamowy mięsa...nie, sopockiej z Morlin czy mielonego od Dudy, po prostu reklama czerwonego mięsa (z Sam'em Neill'em):
  
         

           
jest też spot dla jagnięciny (trochę bardziej surrealistyczny i w połączeniu z obchodami Australia Day 2013):



         


czy avocado:

 
         


No cóż, my mamy swoje "Pij mleko! Będziesz wielki.", Australijczycy mają swoje "Pij i jedz podstawowe, nieprzetworzone produkty żywieniowe, niezbędne do prawidłowego rozwoju organizmu!"...czy coś w tym stylu.
U źródła popularności kampanii reklamowych mięsa, owoców i innych podstawowych produktów  leżą chyba dwie przyczyny. 
Po pierwsze, przeciętny Australijczyk myśli, że najlepszym źródłem białka jest burger z Mac'a a najlepszym owocem - Fanta. Według raportu OECD wynika, że Australia zajmuje zaszczytne 5 miejsce na liście 10 krajów z najwyższym wskaźnikiem otyłości (24.6%, czyli co 4 Australijczyk ma BMI powyżej 30). Taka liczba grubasów, musi budzić zapędy edukatorskie a śmieszną reklamą osiągnie się więcej niż książką o dietetyce.
Po drugie, wszystkie "reklamowane" produkty pochodzą z Australii i posiadają takie oto logo:


co w oczach naszego australijskiego Kowalskiego, dumnego z własnego kraju i jego wyrobów czyni  produkt o wiele bardziej atrakcyjniejszym, niż powiedzmy argentyńska wołowina czy chiński czosnek. Wspieranie lokalnych wytwórców, nawet jeśli cena jest trochę wyższa, to postawa bardzo popularna wśród Australijczyków i dobrze by było, gdyby nasza "Teraz Polska!" miała podobny zasięg rażenia...
Nauka jaka płynie dziś od naszych braci Australijczyków: jedzmy warzywa i mięso od naszych lokalnych wytwórców...ino nie za dużo bo dupa urośnie!
Amen.


cdn...

wtorek, 22 stycznia 2013

Brudne giry

Pamiętam jak dziś, kolejne wakacje spędzone u babci, miałem może 7 lat.  Po długim, gorącym dniu babcia nalała do miski ciepłą wodę, usiadła przed telewizorem i zaczęła skrobać nogi jakimś kamieniem. "Co to?", spytałem, na co babcia: "Pumeks, najlepszy do higieny kończyn"...albo tak by powiedziała, gdyby  istniały wtedy reklamy telewizyjne. 
Piszę o tym wspomnieniu z dzieciństwa z takiego oto powodu, iż historia jest zjawiskiem cyklicznym, co w moim przypadku znaczy, że jeśli pumeks pojawił się już raz w moim życiu, to na pewno stanie się to po raz drugi...podobny mechanizm zadziała zapewne też w przypadku dżinsowej katany, fryzury na czeskiego piłkarza i i butów Bruce'a Lee. 

Innym powodem, dla którego piszę o pumeksie są moje nieustannie brudne giry. 

obuwie podstawowe - flip flops
Zaczęło się od tego, że mój pierwszy tydzień w Oz był - jak zresztą każdy kolejny - bardzo gorący. Jak każdy szanujący się Europejczyk na pierwszy spacer przywdziałem więc skarpetki (w typie cabrio) i lekkie trampki, sądząc że szorty i t-shirt to wystarczająca profilaktyka przeciw upałowi. Po godzinnym spacerze w parku wróciłem zgrzany  jak koń po westernie, a z trampek wyciągnąłęm stopy oklejone mokrymi od potu i cuchnącymi skarpetkami. Własnym zwyczajem błąd ten popełniłem jeszcze wielokrotnie, zanim w głowie w końcu zaświtała myśl..."a więc jest powód, dla którego wszyscy Australijczycy chodzą w japonkach!"...bo przecież nie robią tego dla przyjemności. Nie można komfortowo  chodzić z ciągłym uczuciem obecności ciała obcego w delikatnej przestrzeni między paluchem a palcem długim, a do tego z permanentną obawą, że z kolejnym krokiem zgubi się obuwie? No właśnie - nie można...próbowałem kiedyś w Polsce i zrezygnowałem po dniu czy dwóch...
brudne giry
A jednak, krótki trening, po nim długi tydzień bólu  powyżej wyżej wymienionej przestrzeni ciała oraz powolne przyzwyczajanie się do dźwięków "flip" i "flop", i okazuje się, że japonki są idealnym obuwiem przy temperaturach powyżej 30 stopni. Idealnym! Od tej pory jeśli przechadzka to w japonkach, zresztą przebieżka i przejażdżka też.  Wszędzie w japonkach! Japonki - głupia nazwa, genialne klapki!
Wszystko niestety ma swój koniec, nie inaczej było w przypadku radości z noszenia japonek, umarła ona śmiercią naturalną w momencie, w którym zauważyłem że stopy, a szczególnie pięty, mam permanentnie jakoś tak przykurzone i w ciemniejszym odcieniu niż całą resztę nóg, co skutecznie wydłużyło czas moich wieczornych ablucji.
Winne oczywiście diabelskie obuwie a rozwiązanie problemu tylko jedno: "Pumeks, najlepszy do higieny kończyn".


cdn...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Lifeline Bookfest,


reklamowany  jako największy targ używanych książek na świecie (w tym roku podobno 2 mln egzemplarzy) jest organizowany przez fundację Uniting Care. Całkowity dochód z dziesięciodniowego wydarzenia przeznaczony jest w całości na statutowe cele fundacji. 

                                    


Wybraliśmy się tam niedzielnym porankiem, i chociaż  Christine chciała upolować kilka ciekawych pozycji w bardzo atrakcyjnej cenie (2.5$), ja wyznaczyłem sobie trochę inny cel...POLSKAAA!! Biało-czerwooonii!!...szukałem książek po polsku lub polskich autorów przetłumaczonych na angielski. Niestety godzinny wysiłek, zakończyłem dość umiarkowanym sukcesem:




jedna na dwa miliony.
Do domu wróciłem z Orwellem i Herbertem (tym od Diuny, nie Zbigniewem)...obydwie pozycje po angielsku, niestety. Może za rok będę miał więcej szczęścia...

kilka fotek tu


cdn...